Godzina pąsowej róży

„Godzina pąsowej róży”, powieść Marii Krüger (autorki m. in. świetnych książek dla młodszych dzieci o dziewczynce imieniem Karolcia), opowiada historię współczesnej (współczesnej w roku 1960!) nastolatki, przeniesionej w wyniku fatalnego zbiegu okoliczności do roku 1880.
Anda ma czternaście lat, jest dziewczyną przebojową, trochę bezczelną, marzącą o karierze pływackiej. Ma typowe dla tego wieku problemy z rodzicami, z którymi jednak, ma raczej dobry kontakt. Pewnego dnia, chcąc cofnąć wskazówki starego, porcelanowego zegara (bo zły czas, który będzie pokazywał, ma stanowić dla niej wymówkę), tłucze szkiełko fotografii przedstawiającej jakąś praciotkę, do której ten zegar niegdyś należał i przenosi się 80 lat wstecz.
Anda, przepraszam, teraz już Anusia, zupełnie nie jest zadowolona z przeniesienia się do świata kobiet w gorsetach i turniurach oraz mężczyzn w cylindrach i z laskami. Niezbyt inteligentne zachowanie panny, która stale się czemuś głośno dziwi i sprzeciwia, używając przy tym języka młodzieży z roku 1960, może trochę drażnić czytelnika. Jednak to ciągłe zdziwienie i niezgoda są katalizatorami śmiesznych sytuacji w książce, dzięki czemu utwór nie jest jedynie zbiorem obyczajowych scenek z końcówki XIX wieku.
Całą powieść wypełniają takie właśnie scenki, akcji jako takiej jest tu niewiele, chodzi raczej o konfrontację zwyczajów dwóch epok. Widzimy więc szkołę, gdzie panienki, czternastoletnie przecież, poznają niezwykle trudne i prawie przerastające możliwości płci pięknej, ułamki dziesiętne, a ponieważ szkoła jest postępową, mają nawet lekcję gimnastyki (ale jakiej!). Obserwujemy obrazki z domu, wspólny obiad z rodzicami, których na koniec trzeba pocałować w rękę, wieczorek w salonie z popisami wokalnymi, ślub siostry, wakacje nad morzem, a także, aplikowane na różne schorzenia pijawki. A wszystko to przeplecione opisem strojów i obyczajów oraz skandalicznymi popisami Andy. Na końcu bohaterka oczywiście powraca do swojego świata i mimo, że gotowa jest przyznać, że XIX wieczne życie ma swoje zalety, to jednak towarzyszy jej głównie poczucie ulgi.
Książka nadal śmieszy i dobrze się ją czyta, ale samo nasuwa się pytanie, jak bardzo archaiczna jest dziś dla nas współczesność roku 1960?
Anda ma czternaście lat, jest dziewczyną przebojową, trochę bezczelną, marzącą o karierze pływackiej. Ma typowe dla tego wieku problemy z rodzicami, z którymi jednak, ma raczej dobry kontakt. Pewnego dnia, chcąc cofnąć wskazówki starego, porcelanowego zegara (bo zły czas, który będzie pokazywał, ma stanowić dla niej wymówkę), tłucze szkiełko fotografii przedstawiającej jakąś praciotkę, do której ten zegar niegdyś należał i przenosi się 80 lat wstecz.
Anda, przepraszam, teraz już Anusia, zupełnie nie jest zadowolona z przeniesienia się do świata kobiet w gorsetach i turniurach oraz mężczyzn w cylindrach i z laskami. Niezbyt inteligentne zachowanie panny, która stale się czemuś głośno dziwi i sprzeciwia, używając przy tym języka młodzieży z roku 1960, może trochę drażnić czytelnika. Jednak to ciągłe zdziwienie i niezgoda są katalizatorami śmiesznych sytuacji w książce, dzięki czemu utwór nie jest jedynie zbiorem obyczajowych scenek z końcówki XIX wieku.
Całą powieść wypełniają takie właśnie scenki, akcji jako takiej jest tu niewiele, chodzi raczej o konfrontację zwyczajów dwóch epok. Widzimy więc szkołę, gdzie panienki, czternastoletnie przecież, poznają niezwykle trudne i prawie przerastające możliwości płci pięknej, ułamki dziesiętne, a ponieważ szkoła jest postępową, mają nawet lekcję gimnastyki (ale jakiej!). Obserwujemy obrazki z domu, wspólny obiad z rodzicami, których na koniec trzeba pocałować w rękę, wieczorek w salonie z popisami wokalnymi, ślub siostry, wakacje nad morzem, a także, aplikowane na różne schorzenia pijawki. A wszystko to przeplecione opisem strojów i obyczajów oraz skandalicznymi popisami Andy. Na końcu bohaterka oczywiście powraca do swojego świata i mimo, że gotowa jest przyznać, że XIX wieczne życie ma swoje zalety, to jednak towarzyszy jej głównie poczucie ulgi.
Książka nadal śmieszy i dobrze się ją czyta, ale samo nasuwa się pytanie, jak bardzo archaiczna jest dziś dla nas współczesność roku 1960?









