Twój profil

Zaloguj 

Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się »


Adam Asnyk- Zakopane

Adam Asnyk, polski poeta, urodzony w roku 1838 w Kaliszu, jego wiersze łączą w sobie cechy zarówno epoki romantyzmu, jak i pozytywizmu. Jego ojciec brał udział w powstaniu listopadowym, Sam poeta walczył w powstaniu styczniowym, za co później więziony był w warszawskiej Cytadeli. Do końca życia nie pogodził się z klęską Polaków. Przez kilkanaście lat mieszkał za granicą, m.in. w Heidelbergu, Paryżu. Studiował także na Uniwersytecie we Wrocławiu, przeniósł się do Lwowa i ostatecznie w roku 1870 zamieszkał w Krakowie. Wtedy też odkrył Zakopane i Tatry. Był częstym gościem na Podhalu, do dziś najbardziej popularne są jego liryki o tematyce tatrzańskiej, m.in. Ranek w górach, Kościeliska, Limba, Letni wieczór. Jak pisał w liście do swojego ojca: „Góry i morze, to jedyne uniwersalne lekarstwo na wszystkie ludzkie dolegliwości, tam oddychając świeżym, wonnym powietrzem, pojąc się widokiem świeżej a wzniosłej natury można zapomnieć o cierpieniach i troskach ...”.

Był także działaczem politycznym, członkiem Sejmu Galicyjskiego, radnym miejskim, wydawcą krakowskiego dziennika „Reforma”.

Asnyk był jednym z pierwszych członków Towarzystwa Tatrzańskiego, zresztą jeszcze przed jego powstaniem brał udział w wielu wyprawach górskich. Jego przewodnikiem był Maciej Sieczka, góral, jeden z pierwszych, który prowadził turystów w góry. Tatry poznał podczas polowań na świstaki i niedźwiedzie, na które wyruszał razem z Sabałą. W XIX wieku świstaki były masowo zabijane, ponieważ wierzono, iż świstacze sadło jest niezastąpionym lekarstwem na wszystkie dolegliwości. W późniejszych latach Sieczka porzucił kłusownictwo i zajął się przewodnictwem, był członkiem Towarzystwa Tatrzańskiego i walczył o ochronę świstaków w Tatrach. W domu Sieczków, oprócz Asnyka, bywał także m.in. Seweryn Goszczyński, Ignacy Kraszewski i wielu innych dziewiętnastowiecznych fascynatów Zakopanego.

Dom położony jest w najstarszej miasta, w pobliżu ulicy Kościeliskiej, na której znajduje się najwięcej zabytków architektury drewnianej. Idąc Kościeliską od Krupówek, po wyminięciu starego kościoła, Cmentarza Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku, willi Koliby i po przejściu jeszcze ok. 1 kilometra, trzeba skręcić w lewo w drogę do Rojów. Tam można podziwiać prawdziwe zagęszczenie pięknych, XIX-wiecznych chałup góralskich. Po kilkuset metrach droga do Rojów skręca gwałtownie, a na prawo odchodzi ulica zwana Sobczakówką. Tam pod numerem 5, po lewej stronie, stoi chałupa Sieczków. Została zbudowana w 1860 roku, jest to typowa drewniana chałupa o konstrukcji zrębowej, czyli postawiona z grubych bali łączonych na rogach poprzez specjalne nacięcia. Ustawiona, nie jak później budowane wille, ale tak jak tradycyjnie wszystkie domy we wsi – szczytem dachu do drogi. Dach ma spadzisty, przyczółkowy, kryty gontem. Warto zwrócić uwagę na zdobienia w szczycie dachu, motyw wschodzącego Słońca z promieniami.

Niestety, wnętrze nie jest udostępniane dla zwiedzających, na domu znajduje się tylko niewielka tablica, a całość jest obecnie dość zniszczona i zaniedbana.

Jeden z ważniejszych wierszy tatrzańskich Asnyka nosi tytuł Maciejowi Sieczce, przewodnikowi w Zakopanem. Bywa on uznawany za swoisty program czy manifest Towarzystwa Tatrzańskiego.
Nomen omen Asnyk i Sieczka zmarli w tym samym roku – 1897. Poeta pochowany jest na Skałce w Krakowie, góral i przewodnik na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem.
oprac. Agnieszka Krupnik


„Giewont" Adam Asnyk

Stary Giewont na Tatr przedniej straży
Głową trąca o lecące chmury -
Czasem uśmiech przemknie mu po twarzy,
Czasem brwi swe namarszczy ponury
I jak olbrzym w poszczerbionej zbroi
Nad kołyską ludzkich dzieci stoi.

Przez ciąg wieków wznosi dumne czoło
I wysuwa pierś swą prostopadłą,
Patrząc z góry na wieśniacze sioło,
Co pokornie u nóg jego siadło.
Przez ciąg wieków straż swą nad nim trzyma
Z troskliwością dobrego olbrzyma.

Wypiastował już pokoleń wiele,
Które wieczny związek z nim zawarły,
Z nim złączyły swe losy i cele,
Przy nim żyły i przy nim pomarły,
Nawet myślą spod jego opieki
Nie wybiegłszy nigdy w świat daleki.

Wypiastował cały ród górali -
n ich widział, gdy dziećmi radośnie
U stóp jego bawiąc się pełzali,
Widział młodzież, jak mu w oczach rośnie,
Jak się krząta koło swego plonu,
Widział potem starców w chwili zgonu.

Zna więc dobrze bieg ich trwania krótki,
W ciasnym kółku zamknięte nadzieje,
Ich radości, pragnienia i smutki,
Co ich boli, co im piersi grzeje;
Zna zabiegi i spory gorące
O kęs ziemi na polach lub łące.

On się przyjrzał kolejom powszednim
I był sędzią już niejednej sprawy...
Nieraz w nocy rozegrał się przed nim
Jaki dramat posępny i krwawy -
Widział różne skryte ludzi czyny,
Widział cnoty, widział także winy.

Lecz choć czoło chmurami powleka,
Zbyt surowo nikogo nie sądzi,
Bo zna dolę biednego człowieka,
Który idąc na oślep zabłądzi
I o głodzie wzrok obraca chciwy
Na żyźniejsze swych sąsiadów niwy.
Raczej czuje dla tej biednej rzeszy
Wielką litość w piersi swej kamiennej;
Od kolebki bawi ją i cieszy,
Z każdą chwilą biorąc strój odmienny,
Przed jej okiem stroi się i wdzięczy,
Pożyczając wszystkie barwy tęczy.

Dla niej wstaje w gęstej mgły zasłonie,
Którą z wolna zrzuca z ramion we dnie,
Dla niej w wieczór cały ogniem płonie
I szarzeje, mroczy się i blednie,
Zawieszając księżyc w swojej szczerbie,
Jakby srebrną Leliwę miał w herbie.

Dobry olbrzym! Troszczy się o ludzi,
Co się jego powierzyli straży -
Śpiące dusze z odrętwienia budzi
I piękności poczuciem je darzy,
I rozrzuca nad dzieciństwa nocą
Pierwsze blaski, które życie złocą.

Tak jak w baśni: kocha się w pasterce
Dobry olbrzym i dobiera kluczy,
By otworzyć na wpół dzikie serce;
Tak jak w baśni: swych tajemnic uczy,
Uczy znosić ciężkie losu brzemię
I miłować swą rodzinną ziemię.
1880

„Maciejowi Sieczce Przewodnikowi w Zakopanem" - Adam Asnyk

Mój przewodniku! tyś mnie wiódł przez góry,
Dając mi poznać ich poezję świeżą,
Nagą, dziewiczą piękność tej natury,
Nie zeszpeconą mdłych legend odzieżą,
Nie rozdrobnioną na powszednie rysy,
Zdawkowe słowa, zdawkowe opisy.

Tyś ją pojmował swoim sercem prostem
Wiernie, jak staje wyciosana z głazów;
Nie pociągałeś fałszywym pokostem,
Co kryje nicość bezmyślnych obrazów,
Ale umiałeś jędrne znaleźć słowo,
Aby jej wielkość wyrazić surową.

Tyś mnie nauczył czuć ją silniej, lepiej,
Bez wykrzykników i przenośni bladej,
I w dzikich formach, które ona sklepi,
Nie szukać natchnień niemieckiej ballady,
Lecz na nią okiem spoglądać górala,
Co wszystkie wierchy rozpoznaje z dala.

Tyś mnie nauczył, drapiąc się na turnie,
Nie brać przyborów romantycznej muzy
I na klasycznym nie stąpać koturnie
Przez naszych żlebów kamieniste gruzy,
Ale wesoło, bez zawrotu głowy
Mijać głęboko wycięte parowy.

Pamiętam, nieraz siedząc na upłazku,
Rzeźbiłeś słowem Tatr skalisty wątek,
Każdy szczyt w wiernym schwytałeś obrazku,
Każdej doliny koniec i początek,
I piętr górzystych oznaczałeś biegle
Trawiaste kopy i lesiste regle;

Umiałeś kształty każdego olbrzyma
Z gór zębatego grzebienia wydostać,
Wskazać, jak drugich ramieniem się trzyma,
Jaką przybiera z każdej strony postać,
I na swych palcach przedstawiałeś żywo
Każde odrębne łańcucha ogniwo;

Ukazywałeś ciemne wód lusterka
W wgłębieniach, w śniegu błyszczące oprawie,
Siklawy w przepaść skaczące z pięterka,
Wnętrza wąwozów splątanych ciekawie,
Kierunek dolin i strumieni koryt,
Wszystkim właściwy nadając koloryt.

Wszystko, coś mówił - miało więcej wdzięku,
Niż romantyczna daje opisowość,
Bo mówiąc, miałeś pierś natury w ręku -
A każde słowo dziwną miało nowość,
Świeżą poezję górskiego powietrza,
Dla której rymów i porównań nie trza.

I nie prawiłeś mi spłowiałej bajki
O dziwożonach lub zaklętych skarbach,
Lecz dym puszczając z swej króciutkiej fajki,
Juhasów w żywych malowałeś farbach,
Życie w szałasach i życie na hali,
Dolę-niedolę pasterskich górali.

Ich ciemne twarze i kożuszki smolne,
Zgrzebne koszule, ciupagi i pałki
Więcej mi serce rozgrzać były zdolne
Niż wszystkie gnomy, ondyny, rusałki,
Co w Tatr poważnych wyniosłym łańcuchu
Tak wyglądają - jak kwiat przy kożuchu.

Żadne się bowiem widmo nie przyswoi
Tej wyniesionej pod niebo pustelni,
Gdzie tylko jeden duch na straży stoi,
Bez kształtów, w które chcą go wprząc śmiertelni:
Duch wszechświatowy, duch wód i kamieni,
Co się w milczącej unosi przestrzeni.

Przy nim już nie ma dla fantazji tworów
Odpowiedniego miejsca wśród tych wyżyn –
Wielka symfonia turni, hal i borów
Nie znosi ludzkich trefień i postrzyżyn,
Nie znosi skrzydeł przyprawnych z tektury,
Gdy sama cała wzlatuje do góry.

Ty czułeś dobrze, że wielkość przyrody
Nie potrzebuje bielidła i różu,
Że miło patrzeć na schodzące trzody,
Gdy z gór pędzone w szarym skaczą kurzu,
I że tatrzańskiej polany nie szpeci
Wkoło szałasu chwast na stosach śmieci.

Tyś czuł, że prawda piękna - chociaż naga,
Gdy jest odczutą silnie a głęboko;
Że tracić musi dzika gór powaga,
Gdy fantastyczną okryć ją powłoką,
I że nie trzeba robić z skał posągów
Ani wytwarzać różnych dziwolągów.

Tyś czuł, że każda z okolic mieć musi
Swój wdzięk właściwy i wyraz odrębny -
Że Tatrom trzeba bydła, a nie strusi,
Że zapatrzone w niebo wiejskie bębny
Piękne są - tworząc harmonię pastuszą,
Do której trzeba dostroić się duszą.

Twa estetyka prosta, domorosła,
Znała jednakże widnokręgi szersze,
I choć nie byłeś poetą z rzemiosła,
Co mierzy swoje uczucia na wiersze,
Choć nie goniłeś w laur zmienionej Dafne,
Poczucie piękna zawsze miałeś trafne.

I realizmu powszedniego mistrze
Nie mogą ciebie w swej zamieścić szkole...
Boś kochał wszystko jaśniejsze i czystsze
I nie lubiłeś pozostawać w dole,
Lecz rozumiałeś, że ludziom potrzeba
Piąć się - by wyjrzeć oczami do nieba.

Dobrze więc było mnie pod twoją wodzą
W królestwie głazów dni pogodne przeżyć,
Chwytać wrażenia, jak same przychodzą,
Piersi nieznanym uczuciem odświeżyć
I w samym źródle piękności i czarów
Ożywczą rosę z śnieżnych pić wiszarów.

Dobrze mi było, idąc za twym śladem,
Zdobywać z trudem mało znane szczyty
I z rączych kozic spotykać się stadem,
Przeskakującym granitowe płyty,
I na najwyższym ostrej turni zębie
Ogarniać wzrokiem nieprzejrzane głębie.

A chociaż czasem deszcz lał jakby z cebra
I trzeba było zmoczonym do nitki
Umykać na dół z skalistego żebra,
By gdzie w szczelinie czas przeczekać brzydki,
Tyś miał w zapasie zawsze myśl wesołą,
Co rozchmurzała zasępione czoło.

I słodko było gwarzyć z tobą potem,
Po całodziennym spoczywając znoju
Pod rozpostartym błękitów namiotem,
Ponad brzegami jeziorka lub zdroju,
Gdzieśmy budzili krzykiem echa dolin
I chleb chwytali - głodni jak Ugolin.

A gdy ostatnie gasły zórz kolory,
Wtedy i nasze przycichły gawędki...
Bośmy słuchali, co szumiały bory,
Co na kamieniach szemrał potok prędki,
Myśmy milczeli... a gwarzyły skały...
I tak wśród marzeń dzień nadchodził biały.

To wszystko jeszcze w mych myślach się kręci,
I wszystkie twoje starania i prace
We wdzięcznej u mnie zostały pamięci -
Więc dług wdzięczności wspomnieniami płacę,
Które, jakkolwiek spełzły na papierze,
Jednak gór tchnienie przechowują świeże.


W półcieniu pierś olbrzymią
Podnoszą widma gór,
Nocnymi mgłami dymią,
Wdziewają płaszcze chmur.


Zobacz galerie zdjęć

Adam Asnyk - Zakopane  »

Zobacz miejsca

Frombork, okolice Fromborka

« Powrót